Lubię to

Robert Korzeniowski Bez sportu nie mógłbym żyć

O karierze sportowca i biznesmena, sytuacji polskiego sportu wyczynowego i amatorskiego z Robertem Korzeniowskim rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Co dzisiaj słychać u Roberta Korzeniowskiego?

Robert Korzeniowski: Od blisko 30 lat zajmuję się sportem. Zaczynałem w sekcji dżudo, zafascynowany Brucem Lee i filmem „Wejście smoka”, i tylko remont sali treningowej, który posłużył SB za pretekst do zamknięcia sekcji, spowodował, że zainteresowałem się lekkoatletyką i chodem sportowym. Myślałem, że będzie to przelotna znajomość, a tymczasem trwała przez 21 lat do 2004 r., kiedy po zdobyciu wszystkich możliwych laurów podjąłem decyzję o zakończeniu kariery zawodniczej. Ale nie przestałem zajmować się sportem. Przez pięć lat w redakcji sportowej TVP SA pracowałem nad wprowadzeniem do oferty programowej kanału sportowego. Następnie działałem dla UEFA w promocji i sprzedaży programu pakietów biznesowych Corporate Hospitality Club Prestige podczas turnieju Euro 2012. Od roku jestem związany z brokerską firmą Mentor SA (należącą do czołówki firm ubezpieczeniowych na rynku polskim), gdzie odpowiadam za ubezpieczenia na rynku sportu. Chodzi tu nie tylko o ubezpieczenia samych zawodników w zakresie OC czy NNW, ale też o szeroko pojęte programy ubezpieczeniowe dla klubów i federacji sportowych czy też ich sponsorów. To bardzo rozwojowy biznes. Ponadto udzielam się publicznie jako osoba społecznie zaangażowana w działania charytatywnej Fundacji Ronalda McDonalda, Fundacji Sportowa Polska oraz Fundacji Aktywnej Rehabilitacji. Zakres aktywności jest bardzo szeroki, ale wszędzie ze sportem w tle działamy na rzecz zdrowia bądź rozwoju młodych talentów. Bez sportu nie mógłbym żyć, tak więc utrzymuję z nim stały kontakt, choć po zakończeniu kariery zawodniczej jest on innego rodzaju.

KB: Osiągnął pan coś, co do tej pory udawało się nielicznym sportowcom. Był pan wybitnym zawodnikiem, uzyskującym najlepsze wyniki, a teraz odnosi sukcesy w biznesie. Jak to się robi?

RK: Są sportowcy, którzy kończąc karierę w jednej dyscyplinie sportowej, próbują swoich sił w następnej. Myślę tu o Adamie Małyszu, którego szczerze podziwiałem przez cały okres kariery skoczka narciarskiego i któremu szczególnie teraz kibicuję. Adam, rozstając się ze skocznią narciarską, nie był gotowy całkowicie pożegnać się ze sportem i dlatego znalazł inne wyzwanie – rajdy samochodowe, w których już zaczyna odnosić pierwsze sukcesy. Ja również po zakończeniu kariery sportowej nie zakładałem, że przyjdzie czas na odcinanie kuponów, nie dążyłem do podpisania kontraktów reklamowych czy wizerunkowych za wszelką cenę. Nastawiłem się na solidną pracę. Kiedy otrzymałem ofertę z TVP, przyjąłem ją z zastrzeżeniem, że nie będę jedynie twarzą TVP, ale aktywnym uczestnikiem nowych projektów medialnych w dziedzinie sportu. Chciałem doprowadzić do uruchomienia programu tematycznego TVP Sport. Stale powtarzam, że kiedy przychodzi kres kariery sportowej, należy odważnie ją zakończyć, a nie kontynuować za wszelką cenę, przyjmując jakiekolwiek zajęcia w klubach lub związkach sportowych. Jeżeli zdobywa się medale olimpijskie, to nie dadzą satysfakcji miejsca na podium w turniejach dla weteranów. Oczywiście można to robić i nie widzę w tym nic nagannego, ale takie zajęcie nie było dla mnie i kłóciło się z moją determinacją podejmowania nowych wyzwań. Taki już jestem, że lubię stawiać sobie kolejne cele i dążyć do ich osiągnięcia. Stąd moja praca nad projektem uruchomienia kanału sportowego w telewizji publicznej, stąd działania nad rozwojem programu dla biznesu Corporate Hospitality Club Prestige, dzięki czemu mogłem przyjrzeć się z bliska technikom sprzedażowym i marketingowym oraz procesowi tworzenia nowych produktów i usług na rynku sportowym. Bardzo się cieszę, że brałem udział w przygotowaniach do turnieju Euro 2012, który był tak ważnym wydarzeniem dla promocji naszego kraju oraz dla polskich kibiców, spragnionych poczucia dumy i sukcesu sportowego. Wiadomo było, że wraz  z zakończeniem Euro moja rola się skończy, dlatego przyjąłem propozycję firmy Mentor SA, aby zacząć budować w Polsce rynek ubezpieczeń w dziedzinie sportu.

KB: Od dziesięcioleci obserwuje pan sytuację w polskim sporcie. Są widoczne zmiany – mamy obiekty sportowe z prawdziwego zdarzenia, ale nadal nie potrafimy na nich wygrywać.

RK: W Polsce mamy problemy przede wszystkim z zarządzaniem sportem. Funkcjonują wprawdzie powołane do tego instytucje, takie jak PKOL, który odpowiada za przygotowania i udział naszego kraju w olimpiadach, czy Ministerstwo Sportu i Turystyki, które jest swoistym przekaźnikiem pomiędzy rządem a światem sportu. Mamy również związki sportowe. Ale to są światy niekompatybilne, które przeszły różne etapy ewolucji systemowej i ustrojowej. Dzisiaj nie jesteśmy w stanie uzyskać z polskiego rynku sportu wiarygodnych danych, które pozwoliłyby opisać stan poszczególnych dyscyplin w zakresie jakościowym i ilościowym. Nie wypracowaliśmy dobrego systemu ewaluacji. Brakuje profesjonalnych opracowań podających np. liczbę dzieci uprawiających daną dyscyplinę, liczbę trenerów, przyjęte zadania i stopień ich wykonania oraz nakłady finansowe na dyscypliny w ujęciu przekrojowym. Związki sportowe chcą działać jak przedsiębiorstwa biznesowe, zarządzają sporymi budżetami, natomiast nie mają wprowadzonych wewnętrznych procedur, które są nieodzowne w świecie biznesu. Sport potrzebuje modeli informatycznych niezbędnych w nowoczesnym zarządzaniu, transferu wiedzy od ośrodków naukowych i biznesu do związków i stowarzyszeń sportowych. Nasz sport ciągle częściej wyciąga rękę po pieniądze do biznesu, niż potrafi pokazać swoje aktywa i skonstruować ofertę współpracy z biznesem, korzystną dla obu stron.

Odrębna sprawa to przynależność zawodników do związków sportowych. U nas oficjalnie zarejestrowanych zawodników jest dziesięciokrotnie mniej niż w innych krajach europejskich. To swoisty niechlubny fenomen. Podam przykłady. W Polsce w tenisa gra 200 tys. ludzi, ale związek tenisowy liczy jedynie 2 tys. członków. Szacuje się, że pół miliona biegaczy regularnie bierze udział w różnych zawodach, ale PZLA ma zarejestrowanych jedynie 7 tys. członków. A teraz inne porównania: w Polsce trenuje 3 tys. dżudoków zarejestrowanych w związku, a we Francji – 600 tys.; mamy 2 tys. badmintonistów, a tam jest ich 180 tys. Można odnieść wrażenie, jakby związki sportowe zajmowały się jedynie same sobą, zapominając o krzewieniu sportu wśród społeczeństwa i konieczności pozyskiwania zawodników. Związki powinny policzyć swoich członków i natychmiast wyjść z atrakcyjną ofertą do ludzi. Przecież są odpowiedzialne ustawowo za rozwój danej dyscypliny sportowej, tymczasem interesują się jedynie kadrą narodową i jej bezpośrednim zapleczem. Nie zauważają, że tuż koło nich rozgrywa się prawdziwe życie – obserwujemy prawdziwy boom na masowe uczestnictwo w różnego rodzaju amatorskich imprezach sportowych, takich jak biegi uliczne, biegi narciarskie, triathlon. Związki zupełnie zdają się tego nie dostrzegać, co najwyżej to ignorują.

KB: Która dyscyplina w Polsce wybija się ponad przeciętną i mogłaby służyć za pozytywny przykład?

RK: Niestety jeszcze takiej nie ma. Choć nie chciałbym przez to powiedzieć, że obecna sytuacja polskiego sportu nikogo nie obchodzi. To jest proces, który dopiero się rozpoczął, i musimy poczekać minimum rok na pierwsze zmiany. Pozytywne sygnały płyną z triathlonu, piłki ręcznej, badmintona. Coś chyba drgnęło w lekkoatletyce… Obecnie najlepsza sytuacja jest w PZPN, w którym zgrupowana jest prawie połowa z półmilionowej rzeszy grających w piłkę nożną, co w skali Polski jest absolutnym sukcesem. Właśnie PZPN mógłby stać się wzorem dla innych związków, jak budować relacje z biznesem i wypracowywać wyniki finansowe.

KB: Szkoda, że piłka nożna, dysponująca wielkimi środkami finansowymi, nie potrafi odnieść tak oczekiwanego przez kibiców sukcesu. Natomiast inne dyscypliny uprawiane z sukcesami międzynarodowymi borykają się z kłopotami finansowymi, do tego stopnia, że nawet olimpijczycy nie mają zapewnionego finansowania przygotowań do startów.

RK: Jest wiele firm, które nie chcą inwestować w piłkę nożną, a są zainteresowane innymi dyscyplinami. Muszą jedynie dostać dobrą ofertę biznesową od związku. Muszą zaistnieć obopólne korzyści. Podam przykład francuskiego związku lekkoatletycznego, który skupia 270 tys. zawodników, jego budżet wynosi 16 mln euro, z czego jedynie 4 mln pochodzą z dotacji państwowej. Pozostałe 12 mln związek wypracowuje na rynku. Natomiast polski związek lekkoatletyki ma 7 tys. członków, maleńką dotację dostaje od sponsorów, więc reszta jego budżetu musi pochodzić od państwa. Aby wypracować ofertę atrakcyjną dla biznesu, potrzebna jest większa liczba członków, którzy będą korzystać z usług i produktów wspierającego związek biznesu.

KB: Od kogo powinniśmy się uczyć zarządzania sportem?

RK: Nie możemy kopiować rozwiązań francuskich czy niemieckich, ale musimy wypracować swoje. Konieczna jest dyskusja ze wszystkimi uczestnikami rynku sportu. Prawdziwą bolączką jest brak dostępu do wiarygodnych i aktualnych danych. Na przykład dziś można skorzystać jedynie z danych GUS z 2011 r., ale po pierwsze są one już nieaktualne, a po drugie – na tyle ogólne, że nie dadzą precyzyjnej odpowiedzi na stawiane pytania.

KB: Załóżmy, że w 2015 r. zostanie pan ministrem sportu. Na którym miejscu w hierarchii spraw ważnych znajdzie się sport najmłodszych? Jakie zmiany są konieczne do wprowadzenia?

RK: Przede wszystkim nie spieszno mi do rządowych posad… Na pewno nie można mówić wyłącznie o sporcie dzieci, albo młodzieży, albo wyczynowym. Tylko integralne spojrzenie na proces sportowego rozwoju człowieka od lat najmłodszych do zakończenia kariery zawodnika daje szanse na prawdziwe zrozumienie problemu. Sportowiec powinien mieć możliwość rozwoju społecznego i zawodowego. Na każdym jego etapie może zajść konieczność zakończenia kariery sportowej (brak wyników, względy zdrowotne, osobiste) i wtedy, w każdym momencie życia, sportowiec powinien otrzymać alternatywne propozycje działalności – w sporcie (jako trener, instruktor) albo poza nim. Potrzebna jest współpraca międzyresortowa. Za wychowanie fizyczne dzieci i młodzieży odpowiedzialne jest przecież Ministerstwo Edukacji Narodowej, natomiast Ministerstwo Sportu i Turystyki może je jedynie okazjonalnie wspierać, organizując takie akcje jak np. „Stop zwolnieniom z WF-u”. Podobnie resort służb mundurowych mógłby współpracować ze sferą sportu, finansując kariery zawodnicze, w zamian otrzymując wysoko wykwalifikowanych specjalistów ds. szkolenia fizycznego policjantów i żołnierzy.

Jest potrzeba wdrożenia narodowego programu na rzecz sportu, w którym wspólnie będą działać resorty rządowe, samorządowe, biznesowe. Brytyjczycy osiągnęli wielki sukces organizacyjny i sportowy podczas ostatnich igrzysk w Londynie, ale mieli do dyspozycji budżet, o którym nam się nawet nie śniło, oraz opracowane precyzyjne programy przygotowań w skali minimum ośmiu lat, a nie czterech – od igrzysk do igrzysk. Miejmy nadzieję, że prace Okrągłego Stołu Polskiego Sportu zainicjowane przez Radę Patronów PKOL przyniosą spodziewane rezultaty.

Źródło: Teraz Polska