Lubię to

prof. Mariusz Grzegorzek Nie jesteśmy grzeczną szkołą

Z prof. Mariuszem Grzegorzkiem, rektorem Szkoły Filmowej w Łodzi, rozmawia Adam Mikołajczyk.

Adam Mikołajczyk: Dlaczego łódzka filmówka jest takim fenomenem?

Mariusz Grzegorzek: Powody są skomplikowane. Po pierwsze – tradycja. Szkoła powstała po wojnie i od początku były z nią kojarzone nazwiska wyjątkowych absolwentów: Polański, Wajda, Skolimowski, Kieślowski. Są to twórcy dla polskiego kina niezwykle ważni. Niektórzy, jak Roman Polański, czują się mocno ze szkołą związani, innym, na przykład Andrzejowi Wajdzie, zdarzało się manifestować dystans do szkoły na Targowej. Jednak w międzynarodowej świadomości łódzka Szkoła Filmowa to miejsce, które przez całe dziesięciolecia generuje ciekawych artystów, często o wybitnym dorobku. O naszej wyjątkowości decydują też osiągnięcia. Uczymy ludzi, jak robić filmy, ale nie skupiamy się tylko na nauce warsztatu. Dla nas bardzo ważny jest intelektualny ferment, zdobywanie doświadczeń, ścieranie się poglądów. Skupiamy w Łodzi osobowości, które potrafią świecić prawdziwym pedagogicznym blaskiem.
Jesteśmy szkołą państwową, ale nie jesteśmy szkołą grzeczną. Sztuka powinna łamać konwenanse, więc uczelnia artystyczna jest zjawiskiem specyficznym, kompletnie nieprzystającym do uniwersyteckich wzorów. Dlatego u nas relacja mistrz – uczeń, która w pewnym sensie leży u podstaw metody nauczania, jest wielowymiarowa i nieprzewidywalna. Student nie podąża ślepo za profesorem, ale dyskutuje, spiera się, co w efekcie pozwala im uczyć się od siebie nawzajem. Wiem, że brzmi to banalnie, ale teraz mało kto ma ochotę konstruktywnie się spierać. W takim procesie powstają nasze filmy, które konsekwentnie, z wieloma sukcesami (ponad 200 nagród rocznie) prezentujemy na rozlicznych festiwalach, od Cannes po Sundance. Najważniejszym sukcesem szkoły jest to, że z całego świata, z Izraela, Czech czy Korei, przyjeżdżają do nas ludzie, którzy po obejrzeniu naszych filmów chcą studiować w Łodzi. Film jest taką dziedziną sztuki, która opiera się na warsztacie, więc uczymy rzetelnie, jak napisać scenariusz, nakręcić film, jak go wypromować. Ale to, co nas wyróżnia, to nacisk na rozwój duchowy studentów. Naszym zdaniem film należy do sztuki wysokiej i choć proza życia jest taka, że większość filmowców kręci seriale, reklamy czy inne formy komercyjne, to powinni wiedzieć, kim są i w jakim celu chcieliby się językiem sztuki filmowej posługiwać.

AM: Postęp technologiczny ma niewątpliwie duży wpływ na rozwój sztuki filmowej. Czy również na sposób nauczania w łódzkiej filmówce? 

MG: Na pewno rozwój technologii ma ogromny wpływ na nasze myślenie o szkole. Są wśród nas tradycjonaliści, są też poszukiwacze nowych środków wyrazu. Jedno jest pewne – i jest to równie fascynujące, co przerażające – że kino bardzo się zmienia. Pamiętam te wspaniałe lata 80., kiedy byłem studentem i dostałem klarowny drogowskaz, że jest plan bliski, plan amerykański, plan ogólny, które plany z którymi się montują, jak inscenizuje się filmową scenę itd. Obecnie wiedza ta stanowi jedynie bazę, punkt wyjściowy. Łatwość dostępu do środków rejestracji audiowizualnej sprawiła, że film stał się o wiele bardziej plastyczną i osobistą formą wypowiedzi, co kiedyś było autorskim ewenementem. Teraz mamy do czynienia z tak różnymi konwencjami, że trudno jest autorytarnie zawyrokować, co jest prawidłowe, a co nie. Na moich zajęciach, podobnie jak we własnej twórczości, staram się dotykać nowych rejonów, uruchamiać rozmaite, często sprzeczne środki wyrazu.  Zadaniem pedagoga jest pokazanie studentowi wielu opcji, ale w końcu to on dokona wyboru. Należy go uszanować, nawet jeśli wydaje nam się niewłaściwy. Sama dyskusja nie wystarcza, trzeba wypuszczać młodych filmowców na głęboką wodę – potknięcie, artystyczna porażka są czymś niezastąpionym dla rozwoju twórczego. 

Za dzisiejszą energią emocjonalną i mentalną idzie zmiana formy, technologii i sposobu postrzegania ruchomych obrazów. Kino spolaryzowało się na dwóch zupełnie przeciwległych biegunach. Z jednej strony jest ten legendarny telefon komórkowy, którym można zarejestrować obraz w sposób totalnie spontaniczny. W pewnych przypadkach to może stać się dziełem sztuki. Z drugiej strony rozkwita taka „rafinada” wizualno-formalna, mamy wielkie możliwości, komputery, procesory, programy graficzne. Kiedyś film powstawał prawie w 100 proc. w trakcie okresu zdjęciowego, reszta była poczciwym montażem i udźwiękowieniem. Teraz postprodukcja jest najważniejsza, w jej trakcie można wszystko przerysować, pokolorować, poprawić. I nie myślę tu tylko o produkcjach science fiction, ale o filmach realistycznych, gdzie ingerencja, z pozoru zupełnie niewidoczna, ma ogromny wpływ na kształt filmu. Każda metoda ma swoje dobre i złe strony. Chodzi o to, żeby próbować i znaleźć swoją drogę. Jest to oczywiście bardzo trudne i kosztowne, bo związane z technologicznym zapleczem. Nowe projektory i kamery, na które dziś  wydajemy potężne pieniądze, za rok będą przestarzałe. 

AM: Niedawno zmarł Tadeusz Konwicki, ostatni członek niepisanego, słynnego tria dyskusyjnego: Holoubek, Łapicki, Konwicki. Wraz z ich odejściem odchodzi kino namysłu i refleksji, które nie boi się ciszy, pauzy, zatrzymania chwili. Zamiast tego czyhają na nas płytkie seriale, a zawód aktora nieustannie się dewaluuje.

MG: To bardziej skomplikowana materia. Nie można obrażać się na rzeczywistość, musimy umieć ją zaakceptować, bo inaczej staniemy się zakładnikami własnej niemocy intelektualnej. Mam przyjaciela, który ogląda wyrafinowane filmy, czyta wyrafinowane książki, słucha wyrafinowanej muzyki, ale kiedy zostaje szefem rady programowej decydującej na przykład o finansowaniu projektów filmowych, w jego głowie następuje jakieś zwarcie, nagle zaczyna zwracać uwagę tylko na walory komercyjne projektu. Żyjemy w pewnego rodzaju intelektualnym i duchowym niewolnictwie, choć właściwie nie wiemy, komu służymy. Toczy nas wszystkich nowotwór komercjalizmu, i to jest bardzo smutne. Tymczasem ja staram się walczyć o prawo do osobistej wypowiedzi, o prawo do tego, aby film był sztuką wysoką. Od zawsze sztuka była czymś wyjątkowym, prawie świętym. A teraz doszliśmy do momentu, kiedy artystów traktuje się jak życiowe niedorajdy, które wybrały niewłaściwą drogę. Nie udało się nam ocalić poszanowania dla sztuki, być może dlatego, że rzeczywistość jest drapieżna, a ludzie czują się zagubieni i odcięci od meritum.

AM: Kiedyś aktorzy pełnili ważne społecznie role. Obecnie oczekujemy od nich głównie rozrywki…

MG: Bo jesteśmy tak zmęczeni i udręczeni, mamy tak obniżone poczucie bezpieczeństwa, że zwycięża potrzeba resetu, najprymitywniejszej rozrywki. Jest to przerażające i zarazem fascynujące. Skupiamy się na tak atawistycznych sprawach jak powierzchowny erotyzm, jedzenie, najprostsze, hedonistyczne przyjemności. Śledzę z zapałem internetowe portale informacyjne o słodkich nazwach, jak Pudelek czy Plotek, gdzie 90 proc. informacji polega na doniesieniu, której kobiecie wystaje pierś spod sukienki, który mężczyzna jest w związku homoseksualnym, kto ubrał się obciachowo itd. Świadczy to o niebywałym spłaszczeniu odbioru świata. Przykre to, ale prawdziwe. Obrażać się nie ma sensu, bo to tylko odbiera energię. Pozostaje nauczyć się z tym żyć w pewnym balansie.

AM: Czy nie wydaje się panu, że ostatnio w Łodzi jest tego filmu jakby mniej? Miasto nie dyskontuje faktu posiadania słynnej Szkoły Filmowej?

MG: Kiedy zostałem rektorem, uderzyło mnie to, że oczekiwano od szkoły, aby była taką „dziewczynką z chlebem i solą”, która przywita i przyjmie wszystkich. Miło nam było, że tak nas doceniano, ale ta funkcja paraliżowała naszą główną działalność, jaką jest proces nauczania. Stale mieliśmy delegacje z różnych krajów i urzędów, składające nam kurtuazyjne wizyty. Tymczasem mamy swoje problemy i normalne życie, musieliśmy zatem ten aspekt istnienia nieco ograniczyć. Nie izolujemy się, współpracujemy z miastem, państwem i światem, ale nasza główna energia skierowana jest na to, żeby w harmonijny sposób zawiadywać szkołą, procesem dydaktycznym. 

AM: Jak ocenia pan kondycję polskiego kina? W tym roku doczekaliśmy się kilku nominacji do Oskarów, więc chyba jest nieźle… 

MG: Byłbym bardzo ostrożny z tą oceną. „Ida” jest znakomitym filmem i wspaniale, że osiągnęła taki sukces, ale jest to sukces rankingowy, który rozpala wyobraźnię mas. Było mnóstwo beznadziejnych filmów, które dostały Oskara, i jeszcze więcej wspaniałych, które go nie dostały. Dobrze, że wręcza się Oskary, ale one są bardzo daleko od nas. My znów przywiązujemy wagę do tego, co za granicą, zamiast skupić się na sobie.
Kondycja polskiego kina pozostawia wiele do życzenia, ponieważ jest ono zbyt bezpieczne. Ciągle żyjemy w takiej dziwnej sytuacji. Z jednej strony mamy rodzaj lęku, wstrętu do eksperymentów, czegoś, co jest odważne, więc powstaje niewiele odważnych filmów. Z drugiej strony towarzyszy nam tęsknota za zachodnim, rasowym kinem gatunkowym – powstają więc próby dorównania Hollywood, co w 90 proc. kończy się porażką i w przykry sposób obnaża naszą nieudolność. W konsekwencji nie mamy ekstremów – ani bardzo dobrych filmów komercyjnych, ani artystycznych, intrygujących, przejmujących, które byłyby naszą oryginalną wypowiedzią i szansą na zaistnienie na festiwalach. Zatem wykres polskiego kina stale jest na środkowym paśmie, które jest bezpieczne, ale i nudne. Tęsknię za kinem poszukującym, które mówi własnym głosem, skierowanym do węższej publiczności, które może nadać charakteru polskiej kinematografii. W tej chwili nasze kino nie ma oblicza – mamy sukcesy pojedynczych filmów, ale brakuje wspólnej artystycznej formacji. 

AM: Co jest powodem takiego stanu rzeczy: mała odwaga twórców czy intelektualne rozleniwienie widzów?

MG: Powodów jest bardzo wiele, także te, które pan wymienił. Ludzi nie obchodzą problemy filmowców, kiedy mają swoje własne (i słusznie). Wejście w ten zawód jest bardzo trudne, związane z wieloma kwestiami egzystencjalnymi i produkcyjnymi. Młodzi ambitni nie wytrzymują presji i zbyt szybko się poddają. Tym bardziej że decydenci i tak skomentują ich starania, że za mało komercyjne i że za państwowe pieniądze…

AM: Dlaczego potrafimy zrobić dobry film o wojnie, męczeństwie, poświęceniu, a nie jesteśmy w stanie zrobić dobrej komedii czy filmu przygodowego?

MG: Chyba nie mamy do tego predyspozycji. To jakaś klątwa! Jak długo „Rejs” Piwowskiego czy filmy Barei będą jedynymi godnymi uwagi komediami? Chyba jesteśmy po prostu za smutni i niezdolni do autoironii (w przeciwieństwie do Czechów), zbyt „ciężcy”. I choć przykro to konstatować, jesteśmy chyba średnio kreatywnym narodem. Nie chodzi o to, że wszyscy jesteśmy średniakami, ale o to, że wybitnych jednostek, sforujących się na niezależność, nadanie tonu, jest jednak zbyt mało. Może wypaliliśmy się w patriotycznym uniesieniu, przez tyle lat komuny i walki o wolność. Nasze filmy o tematyce martyrologicznej były znaczące jedynie dla nas, mało z nich przebiło się do świadomości zagranicznego widza. Nawet uznanie dla „Człowieka z marmuru” Wajdy było rodzajem wsparcia walczącego narodu. Nie można porównywać tego filmu z innymi obrazami Wajdy, „Popiołem i diamentem” czy „Ziemią obiecaną”, które są dziełami prawdziwie uniwersalnymi. W sytuacji, gdy moda na Europę Wschodnią minęła, nie mamy światu nic niezwykłego do zaoferowania. Niestety.

Fot. Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, TV i Teatralna im. L. Schillera w Łodzi