1

Kolekcja zdjęć

Fragmenty wywiadu z Krzysztofem księciem Czartoryskim z cyklu „W jednej walizce”.

Pod koniec II wojny światowej moi rodzice uciekli z Polski do Słowacji i mogli wziąć ze sobą niewiele z rodzinnych pamiątek. Mama zdołała zabrać dużą kolekcję negatywów. Zdjęcia autorstwa mojego ojca, znakomicie i z dużą dozą humoru pokazują przedwojenne życie w majątku ziemskim. Moja matka, utalentowany fotografik, przedstawiła okres swojej młodości w bardziej artystyczny sposób.

W 1939 roku mój ojciec (Piotr książę Czartoryski) jako oficer rezerwy wziął udział w kampanii wrześniowej. Został ranny w czasie bitwy z Niemcami i razem z wojskiem wycofywał się na front wschodni. Przed poddaniem się Rosjanom, dostał pozwolenie od komendanta na ucieczkę i dzięki temu uniknął losu niektórych oficerów z oddziału – śmierci w Katyniu. Wrócił do rodzinnych Pełkiń i od razu aresztowało go Gestapo. Niemcy szukali dzieł sztuki z Muzeum Czartoryskich i próbowali dowiedzieć się od ojca, gdzie były ukryte.

Kolekcja dzieł sztuki była prywatną własnością linii rodzinnej po Adamie Jerzym Czartoryskim.  Po wybuchu wojny, najcenniejsze eksponaty, w tym „Damę z łasiczką” Leonarda da Vinci przewieziono do Sieniawy, powierzając pieczę nad nimi mojemu dziadkowi, Witoldowi Czartoryskiemu. W pałacu sieniawskim zbiory zostały zamurowane w ścianę, lecz niestety miejsce ich kryjówki odkryło Gestapo, i jak wiadomo, arcydzieło Leonarda najpierw trafiło do Goeringa, a potem ozdobiło ściany Wawelu, siedziby gubernatora Franka.

Rodzice okres okupacji spędzali w Dzikowie i tuż przed wejściem Sowietów wyjechali do Szczawnicy, a potem na Słowację. Po zakończeniu wojny, ojciec dołączył do II Korpusu gen. Andersa i został zatrudniony w wywiadzie. Po kilku latach pobytu w Anglii rodzice zdecydowali się na emigrację do Kanady. W lutym 1949 roku, w samym środku burzy śnieżnej, znaleźliśmy się na stacji kolejowej w małej, kanadyjskiej miejscowości Kisbey. Następnego dnia, ciężarówką na gąsienicach musieliśmy dotrzeć do naszego przyszłego domu. Kilka miesięcy później urodziła się moja najmłodsza siostra, Joanna. Okres pobytu na ranczo był wspaniały dla mnie i moich dwóch sióstr! Jeździliśmy na kucykach do szkoły, gdzie wszystkie dzieci uczyły się w jednym pokoju. Niestety, warunki dzierżawy nie były zbyt korzystne i po kilku latach przenieśliśmy się do stolicy prowincji, Reginy. Ojciec miał dyplom filozofii z Uniwersytetu w Louvain w Belgii oraz dyplomy studiów ekonomicznych i rolniczych uniwersytetów poznańskiego i warszawskiego. Niestety, w latach pięćdziesiątych Kanada nie uznawała wykształcenia europejskiego i tata musiał pracować w różnych zawodach.

Moja mama (Anna z hr. Zamoyskich) była silna z charakteru, chociaż przez artystyczne upodobania była bardziej delikatna od swoich pięciu sióstr. Poza opieką nad nami udzielała się społecznie w Czerwonym Krzyżu we Włoszech, a potem w Londynie. W Kanadzie zaangażowała się w działalność polonijną oraz charytatywną. Ciepła i wrażliwa, a przy tym niesamowicie dzielna – taki jej obraz pozostał mi w pamięci.  Urodzona i wychowana w dobrobycie, przyjechała nagle do Kanady, osiedliła się na farmie pełnej krów i bez narzekania, z uśmiechem, podobnie jak ojciec, traktowała przeciwności życia jako wielką przygodę. W naszej rodzinie, mimo pewnej dyscypliny panowała ciepła atmosfera. Rodzice wykazywali nam dużo zrozumienia i zawsze służyli radą lub pomocą. Zachęcali nas bardzo do podjęcia wyższych studiów i chociaż edukacja europejska nie przydała się mojemu ojcu w znalezieniu dobrej pracy w Kanadzie, to my mieliśmy tę szansę w nowej ojczyźnie.

Może pod wpływem tradycji rodzinnych, chcąc być w przyszłości dyplomatą, w wieku 16 lat rozpocząłem studia z polityki międzynarodowej, opłacone przez wojsko kanadyjskie, którego byłem kadetem. Wakacje letnie spędzałem na wojskowych ćwiczeniach, a po skończeniu studiów musiałem odbyć pięcioletnią służbę w dwóch konnych pułkach artyleryjskich, których nazwa była już historyczna i z jeździectwem nie miała nic wspólnego. Służbę skończyłem ze stopniem kapitana. Będąc żołnierzem, spędziłem kilka lat w Arktyce, a potem podjąłem studia. Najpierw studiowałem historię w Nelson na Uniwersytecie w Notre Dame, a później fotografię na Uniwersytecie w Banff. W 1979 roku, w ramach stypendium pojechałem na dwa lata do Polski, aby studiować na KUL-u historię sztuki i filozofię. Było to dla mnie fantastyczne doświadczenie, bo trafiłem na okres rodzenia się Solidarności i początki jej legalnego istnienia.

Wyjechałem z Polski jako niemowlę, przyjechałem do Kanady jako sześcioletni chłopiec, ale przez więzy krwi, znajomość języka, historii i kultury nadal jestem mocno związany z ojczyzną.

Beata Gołembiowska