5

Michał Lisiecki mówi wprost i do rzeczy

Rozpoczął od praktyk w tygodniku „Wprost”, dziś jest jego właścicielem. Biznesmen, filantrop, zwolennik przejrzystości i etyki w każdej dziedzinie. Jego życie zawodowe to klasyczny przykład American dream. Z Michałem Maciejem Lisieckim, prezesem PMPG Polskie Media SA, właścicielem tygodników „Wprost” i „Do Rzeczy”, rozmawia Kinga Eva Plich.

Kinga Eva Plich: Jak osoba, zarządzająca dziś całym koncernem prasowym i wydająca jedne z najbardziej prestiżowych tytułów w Polsce, zaczynała swoją karierę?  

Michał Lisiecki: Był rok 1997. Zaczęło się jak w filmie – młody student wraca ze Stanów do Polski, zapisuje się na studia, chce zacząć działać. Inspiracją dla mnie były dwie biografie znanych ludzi – magnata prasowego Ruperta Murdocha i przedsiębiorcy Richarda Bransona. Stwierdziłem, że prasa jest tym, czemu chcę się poświęcić, tym bardziej, że zawsze śledziłem bieżące informacje i czytałem dużo gazet. Pojawiło się jednak pytanie, które do dziś zadaje mi wiele osób – skąd student ma wziąć pieniądze na stworzenie koncernu prasowego?

Michal Lisiecki2

KP: Czytasz w moich myślach.

ML: Odpowiedź brzmi bardzo prozaicznie – część zarobiłem (pracując w Londynie), a część dostałem od rodziców. Miałem w sumie około 2 tysięcy dolarów. Moje pierwsze przygody z prasą sięgają czasów studenckich, kiedy to wspólnie z kolegami wydawaliśmy magazyn studencki „Dlaczego?”. Potem wprosiłem się na studenckie „praktyki” do tygodnika „Wprost” i miesięcznika „Businessman Magazine”, które były najbardziej znanymi tytułami w Polsce w tamtym czasie. Chciałem nauczyć się, jak robi się prawdziwą gazetę.

KP: Od praktykanta, nawet w prestiżowej gazecie, ciągle jeszcze daleka droga do kariery biznesmena. Czym zaowocował tamten okres w Twoim życiu?

ML: Nauczyłem się, że tworzenie gazety nie jest takie trudne (śmiech). Pamiętam ówczesnego właściciela „Wprost”, który pokazał mi, jak to wszystko działa od środka. Dzięki niemu poznałem redaktorów: Stanisława Janeckiego i Piotra Gabriela. Ten ostatni powiedział, że na moje przedsięwzięcie potrzebuję 2 milionów, a nie 2 tysięcy dolarów. Zażartowałem wtedy, że jak nie chcą ze mną inwestować, to ich kiedyś wykupię. Słowa okazały się prorocze – dziś, czyli 20 lat później, jestem wydawcą „Wprost”, a Piotr Gabriel jest moim biznesowym partnerem, udziałowcem w wydawanym przez PMPG konserwatywnym tygodniku „Do Rzeczy”.

KP: Brzmi jak American dream. Co planujesz w najbliższej przyszłości?

ML: Skoro już jesteśmy przy Ameryce, to zamierzam wejść na ten rynek – otwieram właśnie platformę Machina.com w Los Angeles, poświęconą szeroko pojętej pop kulturze. Będzie tam można znaleźć informacje właściwie o wszystkich dziedzinach życia – od muzyki i kultury po politykę włącznie. Powstał już pierwszy projekt marki Machina Music Label promującej młodych europejskich artystów na rynku amerykańskim.  

Michal Lisiecki4

KP: Zamierzasz sam sfinansować tę inwestycję?

ML: Tylko rozruch. Kiedy projekt się rozkręci, przedstawimy ofertę inwestycyjną. Na amerykańskim rynku potrzebne są znaczne nakłady finansowe i bez inwestorów się nie obędzie. To zresztą nieuniknione. Proszę spojrzeć na firmy sukcesu, tak zwane „ang. unicorny/ pol. jednorożce” – odpowiedni dobór udziałowców jest często kluczem do sukcesu.

KP: Jak to wygląda w praktyce?

ML: Weźmy na przykład rynek muzyczny, który jest bardzo niesprawiedliwie, wręcz złodziejsko podzielony – artysta dostaje od kilkunastu do maksymalnie 30% zysku, resztę zgarnia wytwórnia. I mówimy tu o głównym artyście, bo jeżeli chodzi o kompozytorów i innych twórców, to zyski bywają śmieszne, często rzędu kilku tysięcy dolarów. Wprawdzie twórcy na rynku muzycznym sprzeciwiają się temu od lat, jednak bezskutecznie. Projekt Machina będzie więc próbą, miejmy nadzieję udaną, przeciwdziałania takiemu podziałowi zysków. Będzie swego rodzaju próbą złamaniem systemu.

Michal Lisiecki 3

KP: Wyczuwam głębsze przesłanie.

ML: Oczywiście. W życiu kieruję się pewnymi wartościami i staram się je wcielać w życie. Wiem, że demokracja i wolny rynek nie są idealnym ustrojem, ale mogłyby być. Można je stale zmieniać, ulepszać. Każdy system powinien być możliwie przejrzysty i zrozumiały. Zarówno jeśli chodzi o biznes, a szczególnie jeśli chodzi o politykę i polityków. Pamiętajmy bowiem, że politycy nie mają swoich pieniędzy – operują wyłącznie naszymi. Trzeba im patrzeć na ręce – jak je wydają, to powinno być jawne. Dobrym przykładem jest tu działalność Matthew Tyrmanda i jego genialny projekt „Open the books” – rozliczający polityków i samorządy z ich wydatków na rynku amerykańskim.

KP: Czy słabości systemu dotyczą również świata biznesu?

ML: Do tego właśnie zmierzam – system, w którym tak niewielu ludzi kontroluje tak duży majątek na świecie, jest nielogiczny, a z pewnością nieetyczny. W takich warunkach wolny rynek to fikcja. Akumulacja ogromnej ilości kapitału w pojedynczych rękach na dłuższą metę nie ma sensu. Tworzy głównie niesprawiedliwości. Weźmy chociażby firmę Apple – dysponuje ogromnymi środkami, ale dzieli się nimi z artystami, którzy współtworzą jej sukces, w niewielkim stopniu – równie niesprawiedliwym jak wyżej przytoczony przykład. Tymczasem podstawą działalności powinna być transparentność, a więc presja społeczna i promowanie firm, które stosują u siebie zasadę sprawiedliwego podziału zysków.

Michal Lisiecki5

KP: Czy Ty też jesteś przykładem przedsiębiorcy, który dzieli się swoimi zyskami?

ML: Pośrednio tak. Najlepszym przykładem są moje straty po aferze taśmowej – jej ujawnienie kosztowało mnie kilka milionów dolarów, a moja rodzina przez pewien czas nie miała spokoju. Ponosząc ogromne ryzyko, ja i redakcja robiliśmy to wyłącznie w interesie publicznym. Prowadzimy Fundację Tygodnika „Wprost” pomagającą dzieciom i promujemy inne fundacje w swoich mediach. Właśnie przygotowujemy projekt, który będzie promował jedną fundację w miesiącu. Będziemy pisać, dlaczego warto wesprzeć konktretną organizację charytatywną i zachęcać do pomagania.

KP: Biznesmen, osoba działająca w świecie mediów, muzyki i polityki, filantrop – trudno o lepsze podsumowanie wywiadu. Pozostaje mi tylko podziękować za tak interesującą rozmowę.

ML: Dziękuję również, chociaż cieszę się, że nie jestem aż tak rozpoznawalny jak celebryci, z którymi każdy chce mieć zdjęcie na różnego rodzaju eventach. Charakter mojej działalności, człowieka „z tyłu”, pozwala mi z jednej strony chronić prywatność moją i mojej rodziny, z drugiej w pełni wykorzystać swój czas na pracę i działalność, która przynosi pieniądze i satysfakcję.

Bartosz Żebrowski