2

Pamiętniki Jana Fajdy

Emilian Waluchowski odkrywa nowe oblicze polskiej historii i tym samym ocala ją od zapomnienia. W swojej wędrówce natrafił na dotychczas nigdy niepublikowane pamiętniki Jana Fajdy, zatytułowane „Moja wojenna tułaczka”, których fragmenty publikujemy.

WRZESIEŃ 1939. WOJNA

Nie byłem powołany pod broń, gdyż mobilizacja nie objęła mojego rocznika. Okupacyjne władze radzieckie w sierpniu 1940 roku ogłosiły pobór trzech roczników do wojska. 1917, 1918 i 1919. Ten ostatni objął również mnie (…). Dwa tygodnie później, gminny doręczyciel, spotkawszy mnie idącego do pracy, podał mi wezwanie do wojenkomatu. Po zgłoszeniu się, oficer wręczył mi wezwanie do wojska ze stawiennictwem już następnego dnia. Wiadomość ta podziałała na mnie tak mocno, że na chwilę zaniemówiłem. – Pojedziesz na Daleki Wschód. – powiedział, podsuwając mi rejestr do pokwitowania otrzymanego wezwania.
W domu tę wiadomość przyjęto rozpaczą matki i siostry. Zebrali trochę sił, przygotowali mi rzeczy niezbędne do podróży i trochę żywności. Na drugi dzień rano pożegnałem matkę, brata i siostrę, i opuściłem swą rodzinną chatę – jak się okazało – na zawsze. Żal mi było rozpaczającej starej już matki. Przeczuwała widocznie, że już mnie więcej nie zobaczy.
 
Podróż nasza trwała trzydzieści dni i nocy (…), początkowo był to 69. kawaleryjski pułk, w którym, jak nam powiedziano, będziemy mieli zaszczyt służyć ojczyźnie [czytaj: ojczyźnie radzieckiej].

Zajęcia polityczne prowadzone przez politruków nie były konkretne. Raczej prymitywna propaganda. Opowiadało się żołnierzom, że siły zbrojne dysponują najlepszymi samolotami (…), że tanki przewyższają jakością i ilością wszystkie armie świata, a Czerwona Armia jest niezwyciężona. Tymczasem, wojna z Niemcami już w początkowej fazie, pokazała coś innego.
 
W trzecim dniu przed południem, batalion zatrzymał się na wydanie żołnierzom obiadu. Las, w którym odpoczywaliśmy, był rzadki i karłowaty, za to poszycie stanowiło grubą warstwę mchu. Znamienne było też to, że w lesie leżały skrzynie po amunicji i porwane maski gazowe (…). Przypuszczalnie, naszą obecność dostrzegł pilot lecącego dość wysoko samolotu i na rozwój wydarzeń nie trzeba było czekać. Znienacka zostaliśmy zaatakowani przez Finów. W pośpiechu batalion rozwinął swoje kompanie, które na razie nie mogły zorientować się, z jakiego kierunku i jaką siłą nieprzyjaciel zaatakował. Mnie osobiście wydawało się, że gwizd kul był z różnych stron. Na lewym skrzydle pojawili się pierwsi ranni. Nasz pluton szybko przygotował się do swojego zadania – udzielając pierwszej pomocy poszkodowanym. Gdy kontratakiem wyszliśmy z lasu, zaczęliśmy ponosić znacznie większe straty. Dołączyła do nas kompania motocyklowa z 37-go zwiadowczego batalionu. Po kolejnej godzinie nieprzyjaciel został wyparty na odległość około dwóch kilometrów za pobliską wioskę. Z pola walki powynoszono rannych i zabitych. Tych pierwszych poukładano w przydrożnym rowie i jest ich bardzo dużo. Jęczą z bólu i zimna (…). W tej akcji czułem się roztrzęsiony, ręce mi się trzęsły i od zapachu krwi robiło się mdło. Zbliżał się wieczór i robiło się bardzo chłodno.

Opisując moją frontową służbę w charakterze sanitariusza, na pewno nie wyczerpię wszystkiego. To są tylko zapamiętane fragmenty. (…) Jednego jesiennego wieczoru, z przedniej linii przyniesiono ciężko rannego dowódcę kompanii motocyklowej. Został on trafiony odłamkiem w lewe płuco, które zostało przeszyte na wylot, zaś na łopatce powstała wyrwa wielkości dłoni. Rannego trzeba było szybko opatrzyć, szczelnie założyć opatrunki na otwarte rany, by zatamować krwawienie. Mimo to, że jego stan był ciężki, zachował wyjątkową świadomość. Wiedział, że jego życie dobiega końca. Prosił lekarza, by się nie trudził, gdyż tak czy inaczej, on zaraz umrze. Podziwiałem jego świadomość. Opodal stołu operacyjnego dostrzegł stojącego szefa swej kampanii i kazał zabrać mu na pamiątkę swój nowiutki pas główny z koalicyjką. Wkrótce nastąpiła agonia i śmierć.

W niniejszym pamiętniku chciałbym odnotować drobną i mało istotną sprawę, ale bardzo ciekawą i mającą posmak humorystyczny. (…) Udaliśmy się na linię jednej z kompanii wysuniętej najbliżej rzeki. Tam dowiedzieliśmy się, że już od dawna czerpią wodę ze Świru, zarówno do gotowania, jak i do mycia – bez żadnych obaw. Tak samo robią z naprzeciwka żołnierze fińscy. Jednakże, pod jednym warunkiem.  Obie strony podchodząc do rzeki nie mogą mieć przy sobie broni. Zapytałem: jak dogadali się z Finami? „Długo to trwało. Najpierw podchodzili do rzeki najodważniejsi Finowie. Oczywiście, jedni i drudzy bez broni. Ty nie strzelasz do mnie, ja nie będę strzelać do ciebie. I na tym ugruntowało się nigdzie nie pisane porozumienie. Bywało nawet tak, że w jednym czasie do rzeki podeszli Ruski i Fin zapraszając się nawzajem do niewoli. Od siebie zapewniam, iż był to przypadek wyjątkowy. Gdzie indziej takiej pobłażliwości nie było.

Emilian Waluchowski