Lubię to

Marcin Wyrostek Talent to jedynie 10 proc. sukcesu

Z Marcinem Wyrostkiem, wirtuozem akordeonu, wykładowcą Akademii Muzycznej w Katowicach, zwycięzcą programu „Mam Talent”, rozmawia Anna Tatarewicz.

Anna Tatarewicz: Ma pan już dość pytań o „Mam Talent”?
Marcin Wyrostek: Bynajmniej. „Mam Talent” miał znaczący wpływ na moje życie, sprawił, że mogę realizować się muzycznie, robić w życiu to, co kocham. Był wydarzeniem przełomowym. Nie zamierzam odcinać się od tego programu i udawać, że nic mu nie zawdzięczam.

AT: Medialny sukces przyszedł do pana dość późno, po latach ciężkiej pracy. Zdarzały się okresy zwątpienia?
MW: Już jako student dużo koncertowałem, grałem w teatrach. Ukończenie studiów niewiele w moim życiu zmieniło. Poza graniem sporadycznie uczyłem jeszcze w szkołach. Kolejne lata upływały mi od konkursu do konkursu, od koncertu do koncertu. Bywało, że spałem po dwie godziny dziennie. Wycieńczyłem wtedy swój organizm. Taki tryb życia musiał się zakończyć wizytą w szpitalu, a właściwie kilkoma. Straciłem nadzieję i zdrowie. Wtedy trafiłem na casting do „Mam Talent”. Cudem, bo prawie na niego zaspałem! Byłem na skraju. Dzisiaj myślę, że warto marzyć i grać w życiu va banque, nie chodzić na skróty. Wysiłek i praca w końcu zostają nagrodzone. 

AT: Pana historia to gotowy przepis na sukces – praca, talent i trochę szczęścia. 
MW: Całe życie trzymałem się zasady, którą przekazał mi Wiktor Oleszkiewicz, mój nauczyciel, że talent to jedynie 10 proc. sukcesu, a cała reszta to ciężka praca. Szczęście też jest potrzebne, ale trzeba go szukać, trzeba mu wyjść naprzeciw. 

AT: Cieszy się pan opinią muzyka, który odczarował akordeon.
MW: Akordeon jest powszechnie postrzegany jako instrument biesiadno-zabawowy. Mam wrażenie, że grając na nim utwory Bacha czy Vivaldiego, nadaję mu właściwą rangę, pokazuję publiczności jego ukryte możliwości. To młody instrument, powstał w XIX w. Dopiero teraz przeżywa swój renesans. W znacznej mierze odczarowało go tango, które genialnie wykorzystuje możliwości przezeń oferowane. Astor Piazzolla, kompozytor tanga argentyńskiego, wprowadzając na sale koncertowe bandoneon, spotkał się z wielkim niezadowoleniem publiczności – uważano, że profanuje gatunek. Dzięki niemu powstała jednak koncertowa odmiana tanga, do której na pewno trudniej zatańczyć, ale która odkryła kolejne oblicze akordeonu. Można więc mówić o dwóch twarzach tego instrumentu – ludowej i koncertowej. Moim zdaniem w tej chwili jest on w fazie przejściowej. Śmiem nawet twierdzić, że każdy instrument musi przebyć podobną drogę.

AT: Zdarzało się panu grać na weselach?
MW: Oczywiście, grałem na weselach jeszcze w czasach liceum. Muzyczne doświadczenie zdobywałem, praktykując w różnych miejscach – grałem audycje szkolne dla dzieci, grałem w teatrach muzycznych w Chorzowie i Gliwicach, grałem w różnych zespołach o popowo-folkowo-jazzowym charakterze, grałem z orkiestrami smyczkowymi, no i grałem na wspomnianych weselach. Nigdy nie zamykałem się na żadne odmiany muzyki. To wszystko wraz z moją muzyczną edukacją ukonstytuowało mnie jako wykonawcę. Dziś czuję się artystą wszechstronnym. Wszystkie te chałturki, jakich się podejmowałem na początku, wymagały ode mnie szybkiego reagowania na potrzeby publiczności, grania ze słuchu. Jest to umiejętność, dzięki której w szkole muzycznej w Jeleniej Górze potrafiłem dużo szybciej spisywać dźwięki i pisać muzyczne dyktanda niż moi rówieśnicy. Każdy etap mojej muzycznej drogi nauczył mnie czegoś innego, a wszystkie razem ukształtowały mój sposób grania i odczuwania muzyki. 

AT: Koledzy śmiali się kiedyś z pana akordeonu? 
MW: W dzieciństwie żyłem jakby w dwóch światach. Chodziłem do szkoły muzycznej, gdzie dla każdego oczywiste było, że używamy różnych instrumentów. Miałem świetnego nauczyciela akordeonu, który poświęcał nam wiele czasu. Spędzałem tam długie godziny, także soboty i niedziele, ferie i wakacje. Graliśmy mnóstwo koncertów. Natomiast liceum ogólnokształcące, do którego uczęszczałem, było światem ludzi niezwiązanych z muzyką. Nigdy jednak nikt się ze mnie nie śmiał, gdy przychodziłem do szkoły z instrumentem. Występowałem nawet na apelach. Koledzy raczej mnie dopingowali. Kiedy wygrywałem zagraniczne konkursy, radiowęzeł informował o moich osiągnięciach. Wszyscy wiedzieli, że gram, że zajmuję się tym na poważnie i odnoszę sukcesy. Pamiętam jednak, że kiedy wraz z kolegami ze szkoły muzycznej przygotowywaliśmy się do występu na rynku w Jeleniej Górze, byłem nieco skrępowany. Wiedziałem, że utwory nie są ciekawe ani porywające. I nie myliłem się. Nie przykuliśmy wtedy uwagi publiczności. Natomiast zostałem miło zaskoczony podczas występu z okazji rozdania świadectw maturalnych. Koledzy obdarowali mnie wówczas entuzjastycznymi owacjami. Pamiętam ogromną dumę i poczucie, że to, co robię, może się podobać. 

AT: W dzieciństwie grał pan na akordeonie dla przyjemności czy z obowiązku?
MW: Zdecydowanie dla przyjemności. Oczywiście na początku tata pilnował systematyczności. Każdy mięsień, każde ścięgno uczy się nowych ruchów, trzeba więc szczególnie dbać o ich elastyczność. W szkole muzycznej do pracy mobilizowali nas nauczyciele. Często jeździliśmy na koncerty i konkursy. Te wyjazdy były ekscytujące, a z drugiej strony były dla nas inspiracją i mobilizowały do pracy, by stawać się jeszcze lepszymi, odnosić kolejne sukcesy. Dla mnie jednak gra na akordeonie była przede wszystkim ogromną frajdą. Wieczorami, kiedy rodzice i siostra już spali, wymykałem się do garażu. Siadałem obok samochodu, na masce kładłem kartki, ołówek i magnetofon, spisywałem dźwięk po dźwięku z nagrań muzyków, których podziwiałem, i aranżowałem grane przez nich utwory tak, by odpowiadały moim umiejętnościom. Mogłem tak spędzać całe noce. W takich chwilach całkowicie zapominałem o istniejącym świecie. Byłem tylko ja i muzyka. 

AT: Żyje pan w biegu. Czy czasem trzeba z czegoś zrezygnować? 
MW: Dziś najbardziej żal mi czasu, który mógłbym spędzić z rodziną. Wiem jednak, że to nie sama gra, a przemieszczanie się z miejsca na miejsce, z koncertu na koncert kradnie najwięcej czasu. Nauczyłem się więc ćwiczyć w podróży. W trasie często piszę też aranżacje. To pozwala po powrocie do domu całkowicie oddać się rodzinie. Umiejętność organizowania czasu wyniosłem z dzieciństwa. Paradoksalnie im więcej ma się obowiązków, tym więcej można wygospodarować wolnego czasu. Staram się wykorzystać każdą minutę. 

AT: Wykłada pan w Akademii Muzycznej w Katowicach. Uczenie jest ciekawsze od grania?
MW: Oczywiście wolę grać, ale granie uczy mnie nauczania, a nauczanie z kolei uczy mnie grania. Obie formy aktywności są wzajemnie powiązane. Lubię dzielić się wiedzą i doświadczeniem. Myślę, że po kolejnych 10 latach na scenie będę miał więcej do przekazania. I wtedy raczej oddam się nauczaniu. Widzę, że młodzi ludzie – podobnie jak ja w ich wieku – są żądni wiedzy i chętnie ją zdobywają. Dlatego też ogromną radość sprawia mi przekazywanie im tego, do czego sam doszedłem po latach pracy. Mam nadzieję, że mądrze z tego skorzystają. Kiedy byłem młody, zapisy nutowe utworów moich mistrzów były trudniej dostępne. Dziś dostęp do materiałów jest nieograniczony.

AT: Co jest dla pana największym wyzwaniem pedagogicznym?
MW: W każdym pokoleniu zdarzają się ludzie mniej lub bardziej wrażliwi i mniej lub bardziej pracowici. Najtrudniejsze dla mnie jako pedagoga jest spotkanie ze studentem, który ma ogromny talent, świetny feeling, predyspozycje do tego, żeby grać i robić to naprawdę rewelacyjnie, jednak nie poświęca muzyce odpowiednio dużo uwagi, nie pracuje. Lenistwo gubi talenty. Pracowitość i sumienność powinny być dla muzyka najważniejsze. Nauczyciela można oszukać, mówić, że ćwiczyło się więcej niż w rzeczywistości, ale sztuka jest bezwzględna – jej się nie oszuka.

AT: Kto jest pana autorytetem?
MW: Zawsze zachwycała mnie gra akordeonisty Richarda Galliano. To muzyk jazzowy, jednak o klasycznych korzeniach. Jego granie zawsze mnie inspirowało, podobnie jak genialne aranżacje tang autorstwa Astora Piazzolli. Ich struktura brzmieniowa i harmonia to istny majstersztyk! Udało mu się stworzyć krystaliczną formę tanga, która nawiązuje z jednej strony do baroku, a z drugiej do współczesności, m.in. do jazzu. Swoich mistrzów odnajduję także wśród kompozytorów muzyki poważnej. Uwielbiam Jana Sebastiana Bacha, można powiedzieć, że to muzyczny matematyk. Inspiruje mnie Roby Lakatos, genialny cygański skrzypek, który rozkochał mnie w brzmieniach swojego instrumentu. Podziwiam także Bobby’ego McFerrina i jego podejście do dźwięku, do kameralistyki, jego sposób słuchania. Kiedy byliśmy na scenie, potrafił w ułamku sekundy reagować na to, co się działo.

AT: Pana występ z Bobbym McFerrinem  podczas jego koncertu w Zabrzu w 2010 r. był czystą improwizacją?
MW: Owszem. I było to niezwykłe doświadczenie. Bobby posiada niesamowitą umiejętność słuchania i współgrania. Na scenie byliśmy jak jeden organizm. A próba trwała może ze dwie minuty. Przedstawiliśmy się sobie i Bobby powiedział: „Let’s play something!”. Zagrałem więc jakąś melodię, on coś dośpiewał i na tym się skończyło. Zobaczyliśmy się dopiero na scenie. 

AT: Wasz występ trwał oczywiście dłużej niż dwie minuty.
MW: Oj, tak! Ta spontaniczność była fenomenalna. Uwielbiam improwizację na scenie. Zmiana aranżacji w trakcie koncertu daje mi poczucie świeżości. Im koncert bardziej kameralny, tym większe mam poczucie swobody. 

AT: Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że cierpi pan na muzyczne ADHD. Gra pan Bacha, Vivaldiego, tango argentyńskie, folk…
MW: Moi koledzy z zespołu też tak mówią. Gram również muzykę współczesną. Już kolejny rok będę występował na festiwalu Era Schaeffera w Warszawie. To zupełnie inny świat awangardy muzyczno-teatralnej, ale udało mi się w niego wpasować. Z jazzem i popem też sobie radzę. Współpraca z jazzmanem i kompozytorem Włodkiem Pawlikiem, Kayah czy Sylwią Grzeszczak jest tego przykładem. Lubię eksperymentować. Spotkanie z nową stylistyką zawsze jest dla mnie wyzwaniem, które chętnie podejmuję. 

AT: W pana grze słychać poszukiwania muzycznych inspiracji: tropy cygańskie, żydowskie, bałkańskie. Polska muzyka pana nie uwodzi?
MW: Ależ oczywiście, że tak! Transkrybowałem na akordeon muzykę Chopina i Moniuszki. Miałem także okazję pracować z Joanną Słowińską, fantastyczną pieśniarką z Krakowa, o pięknym, typowo polskim głosie. Wspólnie realizowaliśmy projekt związany z polską muzyką ludową i zapomnianymi melodiami z Małopolski. Ostatnimi czasy coraz bardziej pochłaniają mnie ludowe tańce polskie. Zobaczymy, co z tej fascynacji wyniknie. 

AT: Nie narzeka pan na brak pomysłów i pracy.
MW: Mam liczne plany festiwalowe, jesienią rozpocznie się też druga część trasy koncertowej promującej płytę „For Alice”, którą nagrałem z myślą o mojej żonie. Wracam też do Jeleniej Góry – czeka mnie tam duży koncert, z orkiestrą symfoniczną, solistami, tancerzami. Mam pomysły na kolejne cztery płyty, myślę również o doktoracie… Wszystko, do czego dążyłem, teraz się realizuje. To jest źródłem największej radości.

AT: Co pan czuje, gdy staje na scenie i zamyka oczy?
MW: Satysfakcję, że jestem w takim punkcie życia, w którym zawsze chciałem być, że robię to, co kocham. 

Źródło: Teraz Polska