3

Ksiądz Bartek Rajewski

Chciałabym poznać postać Bartka, a nie księdza proboszcza Bartłomieja. Oczywiście, te dwie postaci to nierozerwalna jedność – co jest niezaprzeczalne i wiele razy powtarzane przez księdza Bartka Rajewskiego, czyniącego swe posłanie duszpasterskie w Londynie. Wciąż wielu ludzi ma przed oczami wizerunek księdza, jako osoby, która poza Kościołem nie ma swojego życia. Ksiądz Bartek łamie powszechne stereotypy. Organizuje koncerty rockowe, mocno angażuje się w pomoc i współpracę polonijną, jest postacią szeroko rozpoznawalną w kręgach londyńskich. Alicja Gietka rozmawia z najmłodszym w Europie proboszczem.

Jakie jest Twoje hobby, jakie są Twoje inspiracje, jak wygląda Twoje życie codzienne?

Niezależnie od tego jak jestem ubrany, gdzie jestem i w jakich okolicznościach się znajduję – zawsze jestem księdzem. Nie jest tak, że jestem księdzem tylko w czasie Mszy Świętej i przy ołtarzu, w Kościele, a na przykład w domu już nie. Księdzem jestem zawsze. To kwestia tego, co nazywamy powołaniem. W momencie święceń kapłańskich otrzymałem swoistą „nową” kapłańską tożsamość. Bycie księdzem nazywam tożsamością, stąd może być to trudne do zrozumienia dla ludzi świeckich, którzy podejmują różne prace, zawodowe obowiązki, żyją tym, ale wracają później do domu, mają swoje hobby, pasje, rodzinę i inne zajęcia. Natomiast w moim przypadku jest tak, że kapłaństwo jest fundamentalnym zajęciem, treścią życia, hobby.  Lubię – jeśli tak można powiedzieć – sprawować sakramenty, rozmawiać z ludźmi, spowiadać, przygotowywać i głosić słowo Boże. Nie jest to tylko moją pracą, ale również moją pasją i treścią życia.

Trzy czynności, które sprawiają Ci największą przyjemność i radość w życiu.

Sprawowanie Eucharystii jest zawsze dla mnie czynnością najważniejszą. Dotykam wtedy samego Boga. I jest to nie tylko duchowe przeżycie, ale także fizyczne. Trzymać w ręku Ciało Chrystusa to doświadczenie niezwykłe. Zostałem po to księdzem, by być narzędziem w rękach Boga i dokonywać przeistoczenia i przemiany chleba w Ciało Chrystusa i wina w Jego Krew. To na pewno fundamentalna i pierwsza czynność. Poza tym, bardzo lubię także podróżować. To moja pasja. Także pisanie mogę zaliczyć do ulubionych czynności.

Bartek Rajewski

Jaki sposób podróżowania kradnie Twoje serce? Czy są to samotne wędrówki, czy cenisz sobie kontakt z innymi kulturami, ludźmi? Gdzie sypiasz, co lubisz zwiedzać w podróży?

Ze względu na moją profesję, moje powołanie i zawód, najczęstszym sposobem i formą podróżowania są pielgrzymki. Jest to zatem pierwsza forma, która występuje najczęściej. W większości są to pielgrzymki parafialne. Często też pielgrzymuję z przyjaciółmi. Tworzymy grupę kilkunastu osób, w której w zasadzie zawsze razem pielgrzymujemy, podróżujemy. Pielgrzymki te mają swój charakterystyczny rys. Nie są to takie typowe pielgrzymki, które znamy, stricte duchowe. Jest to raczej forma turystyki pielgrzymkowej. W czasie takiego wyjazdu nie brakuje praktyk duchowych, ale jest też czas na spotkania, czas na wspólną zabawę, na radość – czyli to wszystko, co jest właściwe wyjazdom ludzi, którzy wybierają się na wycieczkę. Zdarza się też tak, że podróżuję w mniejszym gronie – najbliższych przyjaciół, czy najbliższych znajomych. Ostatnio takim miejscem była Afryka – RPA i Namibia. Generalnie nie podróżuję raczej sam. Jeśli mam gdzieś jechać i zwiedzać, zobaczyć coś, przeżyć – to raczej nie robię tego nigdy sam, lecz zawsze z kimś, gdyż jestem duszą towarzyską

Ostatnio zaprosiłeś księży z Libanu na rekolekcje. Jak opiszesz to zderzenie kultur?

Tych księży wcześniej nie znałem. Kontekst tego spotkania jest o wiele szerszy. Pojawili się u nas nie ze względu na sam Liban, czy z tego względu, że reprezentują inną kulturę, lecz dlatego, że od czerwca w naszej parafii posiadamy relikwie św. Charbela. Ten libański święty był głównym motywem zaproszenia księży, którzy go doskonale znają, którym jest dużo bliższy, niż nam – żyjącym w Europie. Oni też, na co dzień, w Libanie nie mieszkają. Mieszkają w Rzymie, dlatego też w ich życiu jest obecny rys europejski. Nie są Libańczykami, którzy po raz pierwszy przyjechaliby do Europy, do Wielkiej Brytanii, zobaczyliby inny świat. Na pewno ich styl myślenia jest w jakiś sposób inny. To czego nie mogli zrozumieć, to na przykład fakt, że my jako Polacy modlimy się w języku polskim. Dla nas ważna jest spowiedź w języku ojczystym, modlitwa, śpiew. Oni kompletnie tego nie rozumieli. Nie pojmowali, dlaczego Polacy nie mogą pójść do angielskiego kościoła, dlaczego język jest dla nas tak ważny. Tłumaczyli to tym, że przecież też byli w niewoli, pod panowaniem francuskim. Wtedy cały naród nauczył się języka francuskiego.  Do dzisiaj w tym języku mówią, więc płyną z tego same korzyści. Całkowicie nie rozumieli naszej polskiej perspektywy historycznej i kontekstu językowego. To było dla mnie duże zderzenie ze sposobem ich myślenia. Jednak my – Polacy – jesteśmy większymi patriotami, niż osoby z tamtych rejonów świata.  Reprezentowali także – jeżeli chodzi o Kościół – inny styl liturgiczny. Na co dzień celebrują mszę świętą w rycie Kościoła maronickiego. Jest to obrządek bardzo stary, bardzo piękny, którego nigdy wcześniej nie przeżyłem i nie doświadczyłem.

Wspominałeś o rekolekcjach internetowych. Czy nie jest to przejście ze sfery sacrum w profanum?  

Nigdy jakoś głębiej nad tą kwestią się nie zastanawiałem. Myślę, że ludzie, którzy korzystają z pomocy internetowych – rekolekcji, rozważań, rozmaitych katolickich czy chrześcijańskich portali – nie mają problemu z tym, żeby też doświadczyć kontaktu personalnego, spotkać się z Chrystusem w świątyni, w czasie realnej modlitwy, we wspólnocie. Jeżeli ktoś szuka informacji w katolickim Internecie, szuka pogłębienie swojej wiedzy i rozwoju wiary, jest z pewnością człowiekiem religijnym, który ma kontakt z Panem Bogiem, buduje relacje z Nim, jest obecny na niedzielnej Eucharystii, czy też mszach świętych w ciągu tygodnia. To co znajduje w Internecie, traktuje jako swoistą pomoc w pogłębianiu życia duchowego. Żyjemy w świecie, w którym tempo życia jest bardzo szybkie, a pomoce, które znajdujemy w Internecie mają nam to życie ułatwić. Nie każdy codziennie można pójść do kościoła, nie każdy może wziąć ze sobą do torebki Pismo Święte. Dzisiaj mamy tę możliwość, że jadąc metrem, autobusem, pociągiem, możemy otworzyć telefon, sprawdzić Ewangelię z dnia, znaleźć odpowiedni komentarz ulubionego kaznodziei, który do naszego serca najbardziej trafia. Jest to duże ułatwienie.

Bartek Rajewski

Pracowałeś jako nauczyciel. Swojego czasu zaufałeś uczniom i zlikwidowałeś książeczki do bierzmowania. Patrząc wstecz na swoje doświadczenie, jakie najczęstsze błędy – według Ciebie – popełniają współcześni nauczyciele?

Ciężko mi oceniać nauczycieli, bo sam uczyłem zbyt krótko, by być jakimś autorytetem w tej dziedzinie. Ja zastosowałem takie metody, które podpowiedział mi rozum i serce. Te metody się sprawdziły. Opierały się one głównie na zaufaniu. Na docenieniu wolności drugiego człowieka, bez względu na to czy ma on lat sześćdziesiąt czy czternaście. Uważałem i uważam, że trzeba ludziom zaufać, zwłaszcza gdy jest się głosicielem prawd nadprzyrodzonych, takich jak prawdy wiary. Ważne, by przekazać dzieciakom to, co jest najważniejsze, ale dać im prawo wyboru, nie naciskać na nich. To kosztuje. Musi kosztować.

Zlikwidowanie książeczek, w których kandydaci do bierzmowania przez cały rok zbierali podpisy księdza potwierdzające obecność na mszach św. i nabożeństwach, to był rzeczywiście odważny krok. Nigdy nie żałowałem, że im zaufałem. Trudniej jest zaufać, łatwiej inwigilować. Trudniej przekonywać, argumentować, łatwiej zmuszać. Wielu „potępiło” mnie za likwidację „książeczek i podpisów”. Gimnazjalistom zawsze tłumaczyłem: Nie chodzicie do kościoła dla mnie ani dla zbierania podpisów. Chodzicie dla Boga i dla siebie. Oszukiwanie Boga, samych siebie i mnie – nie ma sensu. Warto być sobą, nie zginać karku przed zasadami, których się nie akceptuje. Jeśli wierzysz – będziesz chodził do kościoła, będziesz uczciwy, będziesz stosował się do przyjętych zasad i nikt nie będzie musiał cię kontrolować. Jeśli nie wierzysz – po co ci bierzmowanie? Warto rezygnować ze swoich poglądów kosztem uzyskania czegoś, w co i tak się nie wierzy? Tak postępują ludzi słabi. Jesteś słaby? Jeśli nie, to określ się, podejmij odważną decyzję i szanuj swoje „życiowe zasady”. Przerzuciłem odpowiedzialność na uczniów. Udało się. Prawie wszyscy opowiedzieli się, że wierzą i chcą przystąpić do bierzmowania. Było kilka osób, które przyszły i powiedziały: „Chcę być uczciwy. Nie wierzę, nie wiem, jak mam wierzyć. Nie chcę przystąpić do tego sakramentu, ale co powiedzą rodzice, dziadkowie”. Wtedy z takimi osobami pracowaliśmy indywidualnie przez rok, niejako nad ich wiarą. Byłem strasznie szczęśliwy, gdy widziałem, jak w maju ci młodzi ludzie ze łzami w oczach przystępowali po latach do spowiedzi i mówili, że znowu wierzą.

Najbardziej zapadła mi w pamięć taka sytuacja. Jest piątek, początek zimowych ferii, godzina 19.23. Za siedem minut ma się rozpocząć spotkanie modlitewne dedykowane młodzieży. Na zewnątrz minus 17 stopni (w kościele trochę cieplej, chociaż woda zamarzła). Grupka młodych Amadosów (od nazwy Duszpasterstwa Młodych „Amados” w Miłosławiu). Jeden człowiek klęczy gdzieś w ławce. Pustka. Wychodzę przed kościół, przenikliwe zimno nakazuje natychmiast się ewakuować. „Pewnie nikt nie przyjdzie. Trzeba było jednak zostawić te książeczki i podpisy, byłby chociaż minimalny przymus. Nazbyt zaryzykowałeś, niepotrzebnie zaufałeś” – wcale nie dodają otuchy myśli rodzące się w głowie. Nagle podjeżdża jeden samochód, za chwilę drugi. Z daleka nadchodzi grupka kandydatów. Robi się ruchliwie i gwarnie. O 19.30 jest już pewnie ze sto osób. Są też tacy, których w życiu bym się w kościele nie spodziewał: miejscowi „bosowie”, dużo starsi od gimnazjalistów, „starszyzna”. Amadosi grają i śpiewają, dzięki czemu atmosfera robi się troszkę cieplejsza. Wychodzę, czytam ewangelię o uzdrowieniu trędowatego. „Za chwilę wystawimy Najświętszy Sakrament. Możesz podejść bardzo blisko, uklęknąć, powiedzieć Bogu co jest twoim życiowym trądem, prosić o uzdrowienie. Jeśli chcesz. Nie musisz też tutaj być. Jeśli chcesz, możesz wyjść. Jest zimno. Nie przeszkadzaj modlącemu się obok, nawet jeśli uważasz, że on się modlić nie potrafi, bo nie wygląda na super pobożnego i super duchowego człowieka. Można robić tyle ciekawszych rzeczy” – mówię do zebranych. Klęcząc przed Jezusem, modlę się: „Jeśli chcesz, możesz sprawić, że podejdą, ale ja w to nie wierzę”. Za chwilę podchodzi jedna osoba, druga, piąta. Co chwile ktoś podchodzi, klęka, modli się, odchodzi. Podchodzą następni. Nie wierzę w to, co widzę. Przecież nikt im nie kazał, nikt nie sprawdzi ich obecności, nikt nie będzie wyciągał konsekwencji. Jeśli chcesz… Później błogosławieństwo indywidualne. Widzę łzy w oczach młodych ludzi i sam nie mogę się powstrzymać od wzruszenia.

Myślę, że największym błędem, jaki popełniamy, jako rodzice, nauczyciele, wychowawcy i księża, czy w ogóle jako ludzie dorośli względem dzieciaków, czy względem samych siebie – za bardzo chcemy ograniczać cudzą wolność, naciskamy, próbujemy wyperswadować coś, co jest według nas słuszne, nie dajemy możliwości wyboru. To powoduje, że człowiek się zamyka. Zwłaszcza człowiek w wieku nastu lat, gdy jest zbuntowany, gdy ma swoją wizję świata. Wówczas nic do niego z zewnątrz nie trafia, ponieważ zasklepia się w swoim świecie. Trzeba ludzi traktować poważnie i dojrzale. A człowiek poważny, dojrzały – to człowiek odpowiedzialny. Często przerzucałem odpowiedzialność na uczniów, traktowałem ich dojrzale. Odpowiedzialność zaś jest rewersem wolności.

Jakie schematy lubisz łamać będąc księdzem? Czy męczy Cię pieczołowite szufladkowanie „prawidłowych” zachowań kapłanów?

Lubię łamać wszystkie schematy, które zostały utarte na skutek porzucenia Ewangelii. Denerwuje mnie wszystko to, co dzieje się w Kościele, w naszym życiu, a co nie wypływa z Ewangelii. Przykładem mogą być wspomniane książeczki do bierzmowania. Zawsze zastanawiam się, co w danej sytuacji zrobiłby Jezus. Czy Jezus też wprowadziłby indeksy do bierzmowania? Jakby Jezus potraktował człowieka w kościele, w kancelarii parafialnej? Jak potraktowałby człowieka w konfesjonale? I zawsze w sytuacjach wyboru, pytam samego siebie, co w danym momencie zrobiłby Jezus. Mamy schematy, które są niezgodne z Ewangelią. Na przykład fakt, że dla wielu księży stanowi dalej problem, by zrobić zakupy w swojej wiosce, czy w mieście, w którym posługują. Dla mnie jest to coś normalnego. Idę do sklepu, tam gdzie mieszkam, gdzie pracuję; idę do fryzjera, załatwiam swoje sprawy – bo tak by robił Jezus. Nie wiem dlaczego się przed tym wzbraniać. To nic nie wnosi, oczywiście oprócz tego, że ksiądz jest otoczony aurą tajemniczości, wyjątkowości. Natomiast nie jest to ewangeliczne. Kwestia sutanny czy stroju duchownego, to też dla mnie kwestia wolności. Wiem, że jestem księdzem i nie wszędzie muszę iść w koloratce, bo kapłaństwo mam wpisane w sercu i na zawsze, bez względu na to jak będę ubrany i jak będę wyglądał.

Bartek Rajewski

Nowe pokolenie – za wiele aspektów je cenisz, czy jednak są także rzeczy, które Cię niepokoją w zachowaniu młodych?

To co mnie niepokoiło zawsze i w pewnym sensie wciąż niepokoi, to nihilizm, który gdzieś w życiu wielu młodych ludzi jest obecny. Często porównuję młodych ludzi, nastolatków do siebie samego, do moich kumpli, gdy mieliśmy tyle samo lat, co oni. W nas nie było tyle nihilizmu. W nich bardzo często widać poczucie beznadziei – nic nie warto, nic się nie opłaca. Szukają często tanich przyjemności, sposobów by przeżyć życie ciekawie, radośnie, miło, przyjemnie, nie ponosząc żadnych kosztów, nie wkładając w to żadnego wysiłku. To, niestety, często okazuje się zgubne.

Czy zaczynając stawiałeś sobie cele, czy może płynąłeś z prądem… a miejsce, w którym jesteś teraz pojawiło się na drodze naturalnie, a nie przez swój własny upór?

Moim hasłem życiowym są słowa z Biblii: „Ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły, biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą” (Iz 40,31). Choć zdaję sobie sprawę, że brzmi to trochę patetycznie, to jednak dla mnie są to słowa kluczowe. Staram się w życiu postępować według tych słów. Dla mnie fundamentem życia każdego dnia jest zaufanie Panu Bogu. Nigdy sam sobie nie wybieram drogi. Nie upieram się przy niczym. Od samego początku zdaję się na wolę Bożą. Wszystko, co w moim życiu się do dziś dnia wydarzyło, nigdy nie było przeze mnie zaplanowane, nie było efektem napisanego przeze mnie scenariusza, czy też spełnieniem pragnień lub marzeń. Wszystko to, co się dzieje jest wynikiem Bożego działania. Staram się być otwarty na to, co Pan Bóg mówi, co dla mnie przygotowuje. Przekazuje mi to w różny sposób. Najczęstszy – taki najbardziej dla mnie widoczny sposób – to decyzje moich przełożonych, którzy wysłali mnie najpierw na taką parafię, a nie inną, później skierowali do pracy w Wielkiej Brytanii. Choć w tamtym momencie miałem prawo wyboru lub odmowy, to jednak przyjąłem decyzję Prymasa Polski, jako taką, która jest wyrażeniem woli Bożej względem mnie. Wyjechałem do Anglii i tak zostałem proboszczem tu gdzie teraz jestem. Nie upór, nie własne koncepcje, ale przede wszystkim wola Boża. Muszę jednak dodać, że nie jest to droga łatwa i zawsze przyjemna.

Dziękuję za rozmowę!