2

Znaleźć raj na skrawku Ziemi

Mieszkałam w wielu miejscach, w różnych krajach i miastach, jednak największą radość sprawia mi życie na małej wyspie, którą można obejść w godzinę. Należę do osób, które do szczęścia potrzebują słońca. Pieniądze nie mają witaminy D.

Gili Meno to, od prawie dwóch lat, mój dom, a definiuje go prostota życia. Coś czego od dawna szukałam. To najmniej rozwinięta turystycznie z trzech indonezyjskich wysp Gili. Wydaje się, że czas tutaj zwolnił. Zawsze wiem, który z mijanych na drodze turystów dopiero przybył, bo jeszcze nie wie, że nie ma się dokąd spieszyć. Już po kilku dniach na wyspie zwalnia się kroku. 

moja lawka

Moja ławka

Najczęściej używane tutaj słowa to besok, czyli „jutro” oraz adeng adeng, co w lokalnym dialekcie znaczy „powoli”. Nie ma tu również samochodów ani motorów, a ciszę zakłóca jedynie śpiew ptaków. Kryształowo czyste, turkusowe wody przyciągają amatorów nurkowania, zaś rajskie plaże goszczą tych, którzy lubią leniuchować w cieniu palm. Codziennie otacza mnie czarujące piękno tego miejsca i nadal zachwyca każdy wchód i zachód słońca.

Bez internetu i pralki

Gili Meno po deszczu

Gili Meno po deszczu.

Moją codziennością stało się wyspiarskie życie w małej społeczności. Tutejsza populacja to 300 osób. Wyrzekliśmy się wygód, które kiedyś były oczywiste, a teraz są luksusem. Pierwsze pół roku żyliśmy bez lodówki czy pralki. Internet działa tak powoli, że używamy go niezwykle rzadko. Przywykliśmy nawet do częstego braku prądu w porze deszczowej. Nasz prysznic to słona, zimna woda z węża. Przestaliśmy używać kosmetyków, ale z powodzeniem zastępuje je lokalny olej kokosowy. Cóż, nie ma miejsca idealnego, jest za to sztuka adaptacji.

Ocean zamiast biura

owoce

Lokalna mieszkanka sprzedająca owoce.

Jak wygląda życie w raju? To pytanie, które turyści chyba zadają najczęściej. Odpowiadam zawsze, że spokojnie, a jednocześnie podkreślam, że nie jesteśmy na wiecznych wakacjach. Nadal borykamy się z wyzwaniami codziennego życia i tkwimy w schemacie praca-dom. Jednak nasza praca to plaża i ocean, a dom to bambusowa chatka. Wszystkie moje wartościowe rzeczy zmieszczą się w jednej walizce. Prawie nie produkujemy śmieci, bo warzywa i owoce kupujemy w jednym z kilku sklepików na wyspie, a odpadki zjadają kury. Brak telewizji, internetu czy radia to dla mnie brak ciągłego napływu niepokojących, tragicznych wiadomości, którymi zalewają nas media, co znoszę bardzo dobrze.

Domek na drzewie

nasz pierwszy dom

Nasz pierwszy dom.

Często słyszeliśmy: „Łatwo wam mówić, nie macie dzieci, nie jesteście uwiązani spłacaniem kredytów”. A ja myślę, że każdy z nas podąża ścieżką, którą sam wybiera. My zamieniliśmy szarość miasta, samochody, korki i krawaty na słońce i bose stopy. Niedawno urodził nam się synek, co nie zmienia faktu, że nadal żyjemy z dnia na dzień, marzymy, realizujemy nasze plany. Chcemy wybudować bambusowy dom, o którym zawsze marzyłam. Pragniemy, by nasz Ari spędził swoje pierwsze lata w ciepłym klimacie, blisko natury. Żeby beztrosko biegał z gołą pupą po ogrodzie, bawił się w chowanego i miał domek na drzewie, pistolet z patyka i wyobraźnię zamiast gier komputerowych. Niestety tęsknota będzie wpisana w jego życie, ale planujemy też częste rodzinne spotkania. Chcemy, by wyrósł na obywatela świata o otwartym sercu, który wierzy, że w życiu można osiągnąć wszystko, jeśli się bardzo tego chce, a do szczęścia tak naprawdę  niewiele potrzeba.

Livia Sybal